Archiwa
Najnowsze wpisy

W dżinsach z lumpeksu im do twarzy, czyli – to nie tak miało być.

W połowie grudnia w milickim starostwie niespodziewanie pojawiło się Centralne Biuro Antykorupcyjne, co stanowiło powód do nadziei a także radości, nieszczególnie skrywanej, że w samorządzie tym nastąpią rychłe aresztowania. Pogląd taki wyraziła natchniona pielęgniarka, powszechnie znana z donoszenia, co więcej ten post polubił niejaki Mirosław D. nie wiedząc że to z nim związana jest wizyta służb antykorupcyjnych…. W ten sposób natchniona pielęgniarka wyszła trochę na głupią, ale jeszcze gorzej skończył Mirosław, którego te służby zapuszkowały na parę miesięcy za to, że przytulił 20 000 zł od biznesmena zamierzającego kupić za bezcen mienie w Krośnicach. Faktycznie wyszło głupio. Można to spointować słowami– to nie tak miało być. Kogo innego mieli zamknąć, kto inny miał wyjść na głupka. Ale wyszło jak wyszło. Sąsiedztwo łapówkarze nie przeszkadza szczególnie nikomu – ani partii sprawiedliwej, ani grupie zapobiegliwej, ani nikomu… Grupa twardo trzyma się dalej. Organizuje szybko medialne zlecenie telewizji, która takie zlecenia przyjmuje bardzo chętnie. Narratorów jest aż nadto – poseł od lumpeksów, prezes od wyłudzania pieniędzy, pielęgniarka od natchnienia. Do tego PRL-owski naczelnik, nadleśniczy z awansu politycznego, radny znany z donoszenia i starszy pan kłamca z urodzenia. Narracja toczy się gładko aż do 7 marca, gdy okazuje się, że pan poseł ulubieniec lumpeksów, wypada z łask swojej partii, która nie zdzierżyła już ilości afer oraz przekrętów powiązanych z prominentnym deputowanym. Jak się teraz odnajdą? –natchniona pielęgniarka, nadleśniczy, kierownicy z awansu politycznego w najrozmaitszych agencjach oraz innych instytucjach? Gdzie się podzieją sieroty po królu lumpeksów? Kto wysłucha natchnionych kazań pani pielęgniarki? To nie tak miało być. Nie tak się umawialiśmy. – Przecież z osobna kłamać będzie nam dużo trudniej…

 

Zobaczymy.

„Kłamiąc kłam. Tak byś w kłamstwa wierzył sam”

No i jedno przynajmniej stało się jasne. Stało się jasne, jaka będzie ta kampania. Będzie taka, jak program Anity Gargas–brudna, oskarżająca i zakłamana. Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro do roli narratorów i autorytetów zaprzęgnięto posła, który finansował prawdopodobnie swoją kampanię wyborczą z pieniędzy lumpeksów, za wyprowadzone z PCK ubrania dla potrzebujących, a także środowisko polityczne łapówkarza złapanego na gorącym uczynku. Łapówkarza, który najpierw oznajmił, że  to nie były jego pieniądze, by za chwilę przyznać się do nich, tyle że trafiły do niego….. przypadkowo. Zapomniałbym dodać naczelnika z PRL-u, utrwalacza władzy ludowej, który jako szef rady powiatu (2002 – 2006) nie zauważył, że ten powiat buduje w centrum Parku Krajobrazowego  spalarnię  odpadów medycznych dla lokalnego i pobliskich szpitali! Nie zauważył wówczas, ale przypomniał sobie po 10 latach… I kogo obwinia – siebie?? No nie! Dzisiaj stroi się w piórka obrońcy demokracji i środowiska. O krótkiej pamięci może też mówić „natchniona” pielęgniarka, która zapomniała, że w 2011 roku negocjowała z Eco ABC sprzedaż spalarni, będąc wielką zwolenniczką tej transakcji. Żaden z zachowanych dokumentów, z tamtego czasu, nie odnotowuje rozterek, wahania nie mówiąc już o sprzeciwie wobec pozbycia się z mienia szpitalnego spalarni.

 

Do tego wszystkiego nieogolony starszy gość, który insynuuje, że chciałem od niego pieniądze na kampanię wyborczą. Niejaki Andrzej Brzozowski. Dlaczego kłamie? Odpowiedź jest prosta–liczył na to, że umorzę podatek od nieruchomości, o co wystąpił już w styczniu 2015 roku, krotko po objęciu przeze mnie urzędu. Oczywiście odmówiłem. I to wywołało furię, która trwa do dzisiaj. Dodam, że w uzasadnieniu wniosku o zwolnienie z podatków powołuje się na wyjątkowo łagodne zimy…. Charakterystyczne jest to, że tzw. „dziennikarzom” bardzo zdecydowanie zaprzeczałem, że rozmawiałem z Brzozowskim o jakichkolwiek pieniądzach. Ale tego w materiale oczywiście nie ma, za to kłamstwo Brzozowskiego – jak najbardziej….

 

Nie miałem żadnych złudzeń co do rzetelności, uczciwości i prawości tej audycji, a szczególnie jej autorki. Tak jak nie mam złudzeń komu i w jakim celu służy ta telewizja, paradoksalnie zwana publiczną. Dlatego jej nie oglądam. I nie zawiodłem się, kłamstwo, manipulacja oraz kompletne zaprzeczenie etyki dziennikarskiej wyglądają z każdego fragmentu zmontowanego materiału. Nie ma tam dokumentów o lokalizacji spalarni z 1997 roku, nie ma opinii mojego poprzednika Pawła Wybierały, iż „modernizację instalacji do termicznego przekształcania odpadów medycznych i weterynaryjnych należy uznać za zgodną z tym planem” (miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego).

 

Nie wątpię także, iż gorliwość śledcza pani Gargas nie skieruje jej uwagi na aferę PCK, w której aresztowano już kolegę i wspólnika posła Piotra Babiarza, a jak donosi Gazeta Wrocławska”:

„Członkiem Zarządu Wojewódzkiego PCK był wrocławski poseł PiS Piotr Babiarz, szef partyjnych struktur partii we Wrocławiu. Kiedyś Babiarz był nawet pracownikiem oddziału Czerwonego Krzyża. Czyli podwładnym Jerzego G. W internecie można znaleźć informacje o ich wspólnej firmie zarejestrowanej w Miliczu.
 Nazwisko Babiarza pojawiło się m.in. w kontekście wykorzystywania pracowników PCK do roznoszenia ulotek wyborczych polityków PiS. Dwaj nasi rozmówcy twierdzą, że przed kampanią parlamentarną w godzinach pracy rozdawali ulotki Piotra Babiarza. Poseł bardzo zdecydowanie zaprzecza. Twierdzi, że do roznoszenia ulotek miał wolontariuszy.”
 
 
 
 
 
Taką mamy rzeczywistość, nie tylko w Miliczu, ale w całym kraju. Szkoda, że to wszystko odbywa się w szczególnym roku – 100. lecia odzyskania niepodległości przez Rzeczpospolitą.

Wieje chłodem

Prawdopodobnie pierwszy raz tej zimy, na dwadzieścia kilka dni przed jej kalendarzowym końcem, temperatura spadła poniżej 10 °C . Dzisiaj w Kaszowie nasze termometry odnotowały 12 stopni mrozu, co skutecznie ucięło przedwczesne aspiracje pełnego rozkwitu przebiśniegów czy pierwsze sygnały do wiosennej inicjacji tulipanów i krokusów. Co gorsza, atak mrozu może znów pokrzyżować plany owoców delikatnych – wiśni, czereśni, brzoskwiń.  Szkoda, bo symptomy wcześniejszej wiosny odebrane zostały poważnie i na serio. Trochę podobnie jak zapowiedzi budowy pozytywnego wizerunku Polski za granicą, z „wydatną” pomocą powołanej nawet do tego celu fundacji, tworzenia polskiej marki i budowy międzynarodowej pozycji. Szczególnie teraz, w roku szczególnym, kiedy obchodzimy setną rocznicę odzyskania przez Rzeczpospolitą niepodległości. Jak jest – widać gołym okiem. Im więcej wezwań i deklaracji o wstawaniu z kolan, tym bardziej rujnująca opinia o Polsce w Europie i świecie wywołuje w Polakach rumieniec wstydu.

 

Trochę kojarzy mi się to z rutynowo wygłaszanymi deklaracjami w radzie miejskiej, które nazywam w skrócie – im bardziej jestem za tym bardziej głosuję przeciw lub poczciwe i oklepane – jestem za a nawet przeciw. Ileż razy z tym mieliśmy do czynienia: włączenie gminnego ośrodka zdrowia na Grzybowej do szpitala – „jestem za, ale muszę zagłosować przeciw, bo….” i tu następuje mniej lub bardziej absurdalna wyliczanka powodów, ze złą pogodą włącznie. Przyjęcie strategii niskoemisyjnej, co dawało szansę na środki unijne w budowie ścieżek rowerowych czy termomodernizacji – „projekt dobry, ale….”.

 

Wysyp takich fałszywych deklaracji nastąpił, niestety, w czasie nadawania nazw z okazji 100.lecia odzyskania niepodległości – ulicy oraz rondu w Miliczu. Wydawać by się mogło, że „Aleja Niepodległości” oraz „Rondo Orląt Lwowskich” to nazwy tak wzniosłe, oczywiste i niekontrowersyjne, że w roku jubileuszowym nie znajdą się ich przeciwnicy. Ooooo…. co to, to nie! Za szybko, później, wolniej, cieplej, szybciej – padły wszystkie także wykluczające się pseudoargumenty, aby tylko nie dopuścić do procedowania, a następnie do głosowania. Co ciekawe, przeciwnicy uraczyli zebranych bogatymi historiami swoich rodzin, a także swoimi, oczywiście ….. na wskroś patriotycznymi, niepodległościowymi, żeby nie powiedzieć wyklętymi, w czym celowała pani Ala wespół z panem Leszkiem. Bo jeśli chodzi o duet Cezary – pan Janusz to tutaj tęsknoty za PRL-em nawet nikt nie próbuje ukrywać. Tak czy inaczej „potomkowie patriotów” i piewcy socjalizmu zjednoczyli siły, aby ulica w Miliczu nie otrzymała nazwy „niepodległości” a bohaterska, a właściwie heroiczna, walka młodzieży pod Lwowem czy Zadwórzem w latach 1918 – 1920, nie mogła zostać uhonorowana choćby nazwą ronda.

 

Ponad 15 lat największe osiedle w mieście nosiło nazwę XXX.lecia PRL i nie pamiętam jednego głosu sprzeciwu „patriotycznych rodzin”, nie mówiąc już o ich potomkach… bo oczywiście nie przyszłoby mi do głowy oczekiwać tego po piewcach socjalizmu. Ale to, że po 100 latach trudnej, skomplikowanej, niezwykle krwawej historii, przyjdzie komuś do głowy kwestionowanie upamiętnienia tej rocznicy, było……. pewne jak mrozy w marcu. Bo przecież w Miliczu im więcej patriotyzmu w genach, tym większa determinacja w obronie pomnika wdzięczności armii czerwonej, im więcej wygłaszanych opowieści o swoim bohaterstwie, tym większy opór wobec skweru bohatera „Solidarności”, Alei Niepodległości czy bohaterów Lwowa. I zapewniam, że to jeszcze nie koniec, o czym z pewnością napiszę…

A teraz – byle do wiosny, choć ciągle wieje chłodem, a jutro ma być -14°C 😳🤧

Mimo chłodu – dla mojej żony

To była niedziela

4 czerwca 1989 r., podobnie jak dziś była niedziela. Na którą długo czekaliśmy. Ale też dobrze się do niej przygotowaliśmy. My, czyli Solidarność, która stanęła do tych wyborów W Pełnej gotowości, z determinacja, ale i nadzieją. Przed każdym lokalem wyborczym ustawiliśmy punkt informacyjny, tak było w całym powiecie milickim. Mieliśmy ustalony sposób komunikowania się, raportowania, interwencji w razie potrzeby. Zakładaliśmy różne scenariusze, Zresztą nie bez przyczyny, więc nawet do toalety lub na papierosa wychodziliśmy rotacyjnie. Pierwszy bój stoczyliśmy o flagę, domagając się zdjęcia z budynku, oraz ze stojaka naziemnego, flagi czerwonej. Dziś mało kto już pamięta, że czerwona flaga była nieodłącznym elementem wystroju właściwie każdego święta i wydarzenia i towarzyszyła zawsze fladze narodowej biało – czerwonej. Po naszej interwencji, jakichś naradach, sam nie wiem z kim, przewodniczący komisji zgodził się i nakazał zdjąć flagi symbolizujące komunizm, czy jak tłumaczono nam wtedy – ruch robotniczy. Do dzisiaj mam odręczne zapiski, notatki z liczenia głosów, z prac tej komisji. Czuliśmy wtedy wielką radość, że oto spełnia się wielki nasz syn, wychodzenia z komunizmu, czy tam socjalizmu, jak wówczas mówiono. Nie mieliśmy wrażenie że to koncesjonowana demokracja, że tylko częściowe zwycięstwo. Odczuwaliśmy dumę ze zwycięstwa pełnego, bo tych 30% w Sejmie tak nam się jawiło. Wracając rano do domu, po nocy spędzonej w komisji wyborczej, czułem się fantastycznie, świat wydał mi się o wiele piękniejszy i weselszy. Wiedziałem, że biorę udział w czymś niezwykłym, nadzwyczajnym. Kiedy dzisiaj słucham czy oglądam, a robię to coraz rzadziej, tych sfrustrowanych a może zakompleksionych komentatorów, zaprzęgniętejch do rydwanu „dobrej zmiany“, którzy podważają wydarzenie z 4 czerwca 1989 roku i deprecjonują to zwycięstwo, po pierwsze myślę sobie– gdzieście wtedy byli? Radykalni, odważni, bohaterscy? Dlaczego nie walczyliście z wrogiem, skoro te wybory były tylko zgniłym kompromisem? Jeden z tych bohaterów Stanisław Wallenrod Piotrowicz ciągle trwał w PZPR, będąc w egzekutywie jednocześnie, bronił ustroju jako zaufany reżimowy prokurator. Innym zdarzyło się przespać pod kołdrą stan wojenny. Jeszcze inni kolaborowali z ówczesnym reżimiem, w dużej mierze dotyczyło to hierarchii kościelnej. Dzisiaj, kiedy odwaga staniała, niezwykle zdrożała przyzwoitość. Jest jej coraz mniej. Dlatego warto, szczególnie dziś, wrócić myślami do tamtej niedzieli. Bo na szczęście była w pewnym sensie to ostatnia niedziela.

Bijące serce partii

Haniebne wydarzenia na komisariacie jakie rozegrały się we Wrocławiu przy ulicy Trzemeskiej, a których prawdziwy przebieg ujawniły nagrania dziennikarzy TVN-u, jako żywo przywołały mi wspomnienia z przeszłości. W tym te najtragiczniejsze. Związane z męczeńską śmiercią Grzegorza Przemyka zakatowanego w Warszawie w 1983 r. w komisariacie na ulicy Jezuickiej. Kiedy oglądałem film nagrany kamerą z paralizatora (o ironio!), nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, co czuje ojciec, matka czy rodzeństwo tego chłopaka, który został zamęczony, za ręczony i na koniec zamordowany. Z niewiadomych do dzisiaj powodów. W sztuce Ignacego Witkiewicza pt. “Szewcy” wystepują “Dziarscy Chłopcy”, którzy, w realizacji scenicznej z 1984 r. w Teatrze Polskim, występowali w charakterystycznych kostiumach, do złudzenia przypominających mundury ówczesnego ZOMO. Myślę że dzisiaj reżyser na podstawie skojarzeń z ostatnimi wydarzeniami, mógłby bohaterów dramatu ubrać w mundury policjantów z ulicy Trzemeskiej. Bo wbrew różnym publicystycznym opiniom, sądząc po wieku tych funkcjonariuszy, to nie były PRL-owskie pozostałości, to nie były postkomusze relikty, to nie byli starzy milicjanci, ale zdrowi, właśnie dziarscy chłopcy, być może, efekt dobrej zmiany. Decydenci gorliwie wypierają się związku, a przede wszystkim odpowiedzialności za mord na komisariacie. Nikt nie zarzuca ministrowi ani wiceministrowi, że zamordowali tego chłopaka, ale z pewnością swoimi decyzjami odpowiadają za to, co się dzieje w policji. Na przykład za to, że doświadczony oficer, znakomicie wyszkolony, ze świetnym usposobieniem także moralnym, jakim był komendant policji w Miliczu, musi odejść na fali czystek milicyjnych, bo takie stawiało mu się ultimatum, choć ani jednego dnia ani jednej godziny nie służył w milicji. Swoją służbę rozpoczął w 1991 r. Ale był niewygodny, nie podobał się dobrej zmianie, panu Błaszczakowi Zielińskiemu pani Kempie czy lokalnym kadrowcom z PiS-u. Kto ma tych ludzi zastąpić? Kto ma dowodzić i z jakim morale, skoro na podstawie kłamstwa buduje się choćby odwołanie komendanta, dowódcy, lidera służb? Kto zastępuje dotychczasowych oficerów? Aferzyści, kłamcy, a także tego dowódcę komisariatu, na którym doszło do skandalicznego zachowania. W większości jest to znany na Dolnym Śląsku “zaciąg sycowski”, który degraduje służbę, niszczy policję. Niestety, to zatrute drzewo będzie długo jeszcze przynosić złe owoce.

Kolej na rower

Pamiętam ten dzień kiedy Łukasz Rokita analizując nabory w poprzedniej perspektywie finansowej, na rozwój turystyki, przyszedł do mnie i powiedział – niestety nici z tej twojej kolejki wąskotorowej. Długo nie chciałem dać się przekonać, bo cię ciągle wierzyłem w możliwość odbudowania torowiska oraz odtworzenia turystycznego połączenia na trasie Sułów – Milicz – Grabownica. Niestety argumenty były bardzo mocne. Po pierwsze, koszt wykonania takiego projektu dochodził do 30 mln złotych,  po drugie budowa toru musiał się odbywać w pełnym reżimie komunikacyjnym, takie normalne połączenie kolejowe, po trzecie ilość formalności koniecznych i dokumentów była tak ogromna, że nie wchodziło w rachubę skończenie tego projektu w jednej kadencji. Dodatkowo trzeba przypomnieć, że gmina nie była zainteresowana partnerstwem z powiatem milickim w takiej inwestycji. Niepogodzony do końca z myślą o zarzuceniu projektu, powiedziałem wówczas:
– To zróbmy coś, co będzie przynajmniej przypominać kolejką. Może ścieżkę rowerową po dawnym torowisku?

Potem doprecyzowaliśmy jeszcze kwestię taboru, ekspozycji, pamiątek po, jedynej na Dolnym Śląsku, wąskotorówce. Pamiętam, że o pozytywnej decyzji o dofinansowaniu inwestycji dowiedziałem się z Kliczkowie, tam odbywał się konwent powiatów. Przyznano nam kwotę 5,5 mln złotych, ale ze względu na oszczędności w przetargu wykorzystaliśmy 4,5 mln, a całość kosztowała 6 mln złotych, wobec zakładanych na początku 8 mln zł. Jeszcze w 2009 roku rozpoczęły się prace, zakończone w 2011, a uroczyste otwarcie nastąpiło pięć lat temu. 1 maja 2012 r. Od 2011 roku skorzystało ze ścieżki ponad 400 tys. rowerzystów. Ocenę ścieżki najlepiej oddają opinie zamieszczone w sieci przez jej użytkowników:

„Ścieżka rowerowa trasą dawnej kolejki wąskotorowej W Dolinie Baryczy :)NIE BĘDĘ OPISYWAŁ TEJ ŚCIEŻKI BO BRAKNIE MI SŁÓW,PO PROSTU TRZEBA WSIĄŚĆ NA ROWER I JĄ CAŁĄ PRZEJECHAĆ, Polecam!!! http://www.youtube.com/watch?v=qfzAFARK4Qs”  http://www.czasnarower.pl/trasa/5625

„Fantastyczna trasa rowerowa Sułów – Milicz – Grabownica, a później wokół Stawów Milickich. Szlak wiedzie po trasie byłej kolejki wąskotorowej.” http://www.czasnarower.pl/trasa/7520

„Trasa powstała w wyniku wstępnego planu oraz zastanej rzeczywistości. Pierwotnie miał być przejazd wyłącznie trasą byłej kolei wąskotorowej. I tak pierwsze 20 km przygotowaną ścieżką rowerową o różnej nawierzchni. dobrze przygotowana.” http://www.czasnarower.pl/trasa/8529

A jej potrzebę oraz atrakcyjność najlepiej widać w takie dni jak wczoraj, dzisiaj czyli weekend majowy. Ścieżką ciągną sznury rowerzystów, najczęściej w grupach zorganizowanych, przez Milicz przejeżdżają dziesiątki i setki miłośników tej formy turystyki, samochody z bagażnikami rowerowymi  zajmują w pełni parkingi w Sułowie, przy EKO w Miliczu i Grabownicy. Dzisiaj widać najlepiej, gdzie jest Rowerowa Stolica Dolnego Śląska, wkrótce, być może, Polski. Zapełnione restauracje, brak wolnych miejsc w hotelach, internatach (siatkarze musieli dojeżdżać z Krotoszyna i Jawora), zwiększony ruch w sklepach i zakładach rowerowych.  A przecież to jeszcze nie koniec. Rozbudowa ścieżki, która właśnie się zaczyna, połączy Dolinę Baryczy z Wrocławiem i to wtedy nastąpi pełny i prawdziwy boom turystyczny. Pytanie – czy będziemy gotowi do jego obsłużenia, gdyż moda na rower, na aktywność fizyczną nie maleje, a wręcz przeciwnie – gwałtownie się rozwija. Kolej na rower, to było dobrych 5 lat.

https://www.facebook.com/pg/POWIAT-MILICKI-163485203686898/photos/?tab=album&album_id=372836502751766

Czekając na ścieżki rowerowe

 

Życie szkoły, szkoła życia.

Jak powszechnie wiadomo, w Polsce wszyscy znają się na medycynie, piłce nożnej i oświacie. Dlatego każdy nasz rodak jest w stanie bezbłędnie ocenić czy przepisany lek jest właściwy czy nie,  jaki poziom prezentuje piłkarz i czy gra na właściwej pozycji. A już szczególnie wiele kompetencji  przypisujemy sobie w ocenie nauczyciela. I być może słusznie, gdyż materią jego działań jest zawsze najcenniejsza wartość każdego rodzica. Dlatego, gdy padła jakiś czas temu propozycja wielkiego powrotu, do 8.letniej szkoły podstawowej, czyli do tradycji szkoły PRL-owskiej, bo połączonego  ze skasowaniem gimnazjów, spotkała się z dużą aprobatą. Bo rodzicowi 8.letnia podstawówka kojarzy się dobrze, zdążył już zapomnieć rzeczy przykre i smutne, ale został oczywisty sentyment do lat szczenięcych, okresu młodości, gdzie wszystko było lepsze – lata gorętsze, zimy mroźniejsze, cukier słodszy, a oranżada lepsza niż wszystkie napoje świata. Na tak zbudowanym resentymencie, jakich dzisiaj jest pełno – bary PRL, samochody czy meble PRL-u, zafundowano nam powrót do edukacji wprowadzonej w 1948 roku przez administrację sowiecką. Warto przypomnieć, że często stawiana za wzór szkoła  II RP, powstała na mocy reformy Janusza Jędrzejewicza, który między innymi wprowadził do polskiego systemu oświaty  gimnazjum po raz pierwszy w 1932 roku. System ten przetrwał, z przerwą wojenną, do 1948 roku. Kiedy, jak podaje Encyklopedia PWN, nastąpiło przystosowanie systemu edukacji do potrzeb partii:

„Lata 1948–60. Po wyborach do Sejmu Ustawodawczego (I 1947) rozpoczęto przygotowania do wielkiej ofensywy ideologicznej w szkolnictwie, która przybrała na sile 1948. Założenia pracy dydaktyczno-wychowawczej w szkołach miały się opierać na marksist.-leninowskich podstawach; szkoła miała wyrabiać przekonanie o wyższości socjalizmu, wiązać patriotyzm z internacjonalizmem oraz zaznajamiać ze Związkiem Radzieckim jako gł. partnerem i sojusznikiem Polski Ludowej. Nowe programy nauczania wprowadziły obowiązkową (1949) naukę języka rosyjskiego. Równocześnie likwidowano szkoły prywatne; stopniowo usuwano religię z nauczania szkolnego. Wiele społ. instytucji oświat. uległo likwidacji lub zostało poddanych kontroli państwa.”

http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/Polska-Oswiata-Polska-Rzeczpospolita-Ludowa;4575102.html

Dzisiaj nikt nie daje odpowiedzi na pytanie – dlaczego? Dlaczego po 18 latach dokonuje się tak ważkich i znaczących zmian w czymś, co się nazywa systemem edukacji. Szczególnie, że poziom wykształcenia polskiego 16.latka (w zakresie kompetencji kluczowych) jest jednym z najwyższych w Europie. Wszystkie te pożal się Boże „mądrości” o upadku edukacji, o wyższości PRL – owskiej szkoły nad dzisiejszym systemem mają taką samą wartość jak dzisiejsze zachwyty nad PGR-ami. Absolwent gimnazjum to młodzieniec, który ma ogromne kwalifikacje cyfrowe, biegle posługuje się technologią informacyjną, ma podstawowe, a często bardzo wysokie, kompetencje w komunikacji werbalnej, obcej. Wszyscy w języku angielskim, a spora część w angielskim i drugim języku obcym. To często już obywatel świata, znający Europę, bliższą i dalszą,  korespondujący z rówieśnikami na całym świecie, a nierzadko sam podróżujący. Dla którego obsługa konta, zakup internetowy, e-biznes, w tym także gra na giełdzie, nie stanowi większego problemu. Jak go porównać z nastolatkiem z PRL-u, czy nawet z lat 90.?  Być może tamten lepiej się zachowywał? Czyżby? Każdy, kto uczył klasę 8 czy 1 na poziomie zawodowym a nawet licealnym, wie, że katalog grzeszków, używek, fantazji już wówczas był właściwie nieograniczony. Ze sprawami karnymi włącznie. Przekonanie, że wszystkie negatywne zachowania, elementy patologii, można wyeliminować poprzez to, że młodzież będzie w jednym budynku z dziećmi, w tym 6-7. letnimi, jest tyleż naiwne, co motywowane dyletancką intuicją. Wg zasady – tak się mnie wydaje… A że nikt tego nie sprawdził, nie przeprowadził pilotażu, więc w przypadku krachu, wielkiego zaskoczenia nie będzie. Tym bardziej, że całe to zamieszanie zostało zgodnie zdruzgotane przez ekspertów, autorów podręczników, autorów programów, nauczycieli akademickich, nie mówiąc o korporacjach samorządowych, stowarzyszeniach nauczycielskich, menedżerskich, itp. Z opinii eksperckich wyłamał się jeden głos. PiS-u. Jaką wartość mają te opinie wystarczy przeczytać (jeśli ktoś musi) wpisy Janusza Łabudy, głównego eksperta od oświaty Ziemi Milickiej. Nauczycielom gimnazjów, ale i wszystkim pozostałym, szczególnie polecam kwiat myśli o „rozbuchanych kadrach” w szkołach czy patologicznych gimnazjach. Tak przejawia się szacunek dla pracy nauczyciela, tak wygląda szacunek dla człowieka.

Dobrze widzi się tylko sercem.

Skoro serce 25 lat jest symbolem tej akcji, to czy może ona być zła i gorsząca? Sporo głupich i nieprawdziwych opinii wypowiedziano na temat Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a może jeszcze więcej na temat jej autora, pomysłodawcy i głównego wykonawcy, Jurka Owsiaka. Przypisując mu wszelkie zło świata tego, z morderstwami na Woodstocku i eutanazją oraz aborcją włącznie. I to mimo tego, że jego akcja od 25 lat ma charakter pro life, bo ratuje życie niemowląt, a także uczłowiecza starość. Ale nigdy takiego poziomu wrogości jeszcze nie było jak w obecnie – od tak zwanej telewizji publicznej, poprzez wszelkie agendy rządowe – pocztę, kolej, wojsko, nawet straż pożarną, wiele instytucji zaangażowało się w dyskredytowanie lub wręcz zwalczanie Orkiestry. Jaki będzie tego efekt? Czas pokaże. Ja przychylam się do poglądu, iż nie warto dawać na złość, na przekór, wbrew komuś lub czemuś. Warto dać dzieciom, warto dać na zdrowie, na życie. Sam dwa lata temu, czuwając przy moim wnuczku zauważyłem na ściance inkubatora czerwone serduszko. Ileż ja bym wtedy wrzucił z wdzięcznością do puszki, kiedy wszystko dobrze się skończyło! A przecież zdarzało mi się grymasić, wymądrzać i krytykować wcześniej Owsiaka. Że krzyczy, hałasuje, pajacuje, robi show dla siebie… Że formuła WOŚP się wyczerpała. Że to rolą państwa jest należycie wyposażyć szpitale…. Sala szpitalna znakomicie weryfikuje wszelkie nasze poglądy, upodobania i poglądy. Za ten inkubator, za znakomite wyposażenie milickiego oddziału noworodków, za nowoczesny sprzęt i świetne aparaty, dziękuję WOŚP – Jurkowi Owsiakowi, młodzieży prowadzącej kwesty, wszystkim, którzy się angażują każdego roku. W tym roku dodatkowo dziękuję roztropnym milickim duszpasterzom, którzy w myśl mądrości – dobro dajesz, dobro dostajesz – dyskretnie poparli zbiórkę, zachęcając do hojności i ofiarności na rzecz pediatrii i chorych dzieci oraz ludzi starszych, seniorów.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu

Na półmetku tegorocznych rozgrywek ligowych piłki siatkowej warto zastanowić się i zadać sobie, a przede wszystkim pytanie, jaki jest sens budowanie i utrzymywanie 13 zespołowej ligi, w której są tak drastyczne różnice w poziomie sportowym. Wczorajszy mecz w Jeleniej górze trwał 53 min. i był trzykrotnie krótszy od czasu podróży. Mecze, w których wyniki kończą się nie tylko trzy do zera ale w setach do 10, 11 czy 8 nie mają należytej dramaturgi, ducha sportowej rywalizacji czy choćby należytej motywacji.  Takie rozgrywki nie mają sensu. Wiedzą o tym wszyscy, którzy zajmują się czy tylko interesują siatkówką na Dolnym Śląsku. Dlaczego  nie wie tego tylko DZPS?  Skąd mają wiedzieć, skoro nikt ich nie widział, nie spotkał na meczu trzeciej ligi, ja widuję tam jedynie Wojciecha Rozdolskiego i Zbigniewa Gałuszkę.  Niestety, związek nie ma kogoś na miarę Andrzeja Padewskiego, szefa DZPN – u, który w sezonie każdą sobotę i niedzielę spędza na boiskach zespołów od C klasy do III ligi. Niezapowiedzianie zjawia się w Łozinie, Miliczu, Ujeźdźcu czy Skarszynie, gdzie raz jeden, ku  uciesze publiczności, przywiózł nawet Zbigniewa Bońka.  Gdyby ktokolwiek pofatygował się na mecze, gdzie nie ma niestety oprawy, pokojów VIP, poczęstunku i gadżetów, i obejrzał, a nawet przeanalizował (wiem, że dużo wymagam), spotkania, które są meczami o drastycznej różnicy poziomów, to wyszłoby jasno, że jeden poziom rozgrywek dla obecnej III ligi to chory pomysł. On niestety, oprócz strony sportowej, ma także inną wadę – organizacyjną oraz kosztową, co jest oczywiste w sytuacji rozgrywania takiej ilości meczów.  Do podsumowania 2016 roku DZPS powinien dopisać sobie wybitne „osiągnięcie” – z jednej strony drastycznie obniżenie poziomu sportowego, a więc i rangi rozgrywek na Dolnym Śląsku, ale dla równowagi zdecydowany wzrost, tyle że po stronie kosztów dla klubów. Jan Świerad, Zbigniew Gałuszka – panowie z małych klubów – wy tego nie widzicie? Przecież jesteście rozsądnymi i uczciwymi działaczami, którzy wiele poświęcili piłce siatkowej i niejedno w niej widzieli. Milicz uczestniczy w rozgrywkach ligowych od 1999 roku, z jedną roczną przerwą, w której wielką zasługę ma obecny prezes DZPS -u…., ale nigdy nie było takiej nienormalnej sytuacji, uderzającej w kluby, degradującej siatkówkę. Przypomnę, że do zadań związku wojewódzkiego nie należą puchary, fety, reprezentacje i eventy, ale prowadzenie rozgrywek na szczeblu regionalnym i oczywiście szkolenie dzieci i młodzieży. To niestety temat na inną okazję, bo Dolny Śląsk z roku na rok obniża swoją pozycję w Polsce w tej dziedzinie, która jeszcze kilka lat temu była wizytówką naszego województwa.

Swoją drogą, wracając do III ligi, męczy mnie takie pytanie czy naprawdę miasto Jelenia Góra (prawie 100 tys. mieszkańców) nie jest w stanie zbudować drużyny, która, będąc wizytówką miasta, nie tylko wygrałaby mecz trzeciej lidze, ale odegrała w niej jakąś istotną rolę? Z całym szacunkiem do chłopaków i trenera, ugranie 4 setów w 13 meczach, nie jest najlepszą reklamą sportu dla byłego miasta wojewódzkiego….

„Jak jest zima musi być zimno”

Trochę rozpieściła nas zima ostatnio. Brak mrozów, brak śniegu, w ostatnich latach raczej wywoływał ulgę związaną z oszczędnościami na opale niż irytację i tęsknotę za zimą, co jest prawdziwa – z siarczystym mrozem, kopnym śniegiem i skrzącym się horyzontem. Uznaliśmy niedawno, że Polska znalazła się w innej strefie klimatycznej i w tym aspekcie zbliżyliśmy się do Chorwacji, Grecji i Italii. Niektórzy uznali nawet, że można zrezygnować z opon zimowych (czysta oszczędność!) inni potencjał ogrzewania zmniejszyli zdecydowanie na rzecz wczasów letnich, także z tego samego powodu. W efekcie, pierwszy lepszy atak zimy wywołuje panikę, przerażenia a nawet oburzenie. Głównie takie, że „odpowiednie służby” nie przywracają natychmiast jesieni, a najlepiej lata. Że drogi nie są czarne, chodniki suche, ścieżki rowerowe przejezdne i co najważniejsze – przyczepne. Że samochodem nie da się śmigać zwyczajowym 60 km przez miasto, a na przejściach, skrzyżowaniach, przejazdach należy uważać bardziej niż zwykle. Mało kto pamięta, że to kierowca ma obowiązek dostosować prędkość jazdy do warunków panujących na drodze a nie odwrotnie. Niewielu pamięta, że obowiązkiem właścicieli nieruchomości jest odśnieżenie oraz właściwego utrzymania zimowego chodników oraz ścieżek rowerowych przebiegających wzdłuż nieruchomości. Że atak zimy, czyli natury, zawsze w pierwszych godzinach jest dokuczliwy, a rozumu i rozsądku nie zastąpi piasek, solanka ani żaden sprzęt odśnieżający. Nieprzejezdne są drogi krajowe, chwilowo zamknięte autostrady A2, A1, A4 oraz inne. W Miliczu na szczęście da się przejechać Wałową, Rzeczną, Kopernika oraz Wrocławską i Wojska Polskiego. W akcji zimowej uczestniczą 3 pługopiaskarki, 3 ciężki ciągniki z rozrzutnikami piasku, 3 małe ciągniki „chodnikowe” oraz 2 półciężarówki. Choć nie mogą być wszędzie o tej samej porze, to ciężko i sukcesywnie pracują, gdy reszta śpi albo jeszcze się nie obudziła. Dadzą sobie radę, ale potrzeba do tego czasu. Warto rozważyć czy obok włączania alarmu nie warto rozważyć włączenia …. myślenia i rozwagi. Zimą będzie zimno. Od lat tak było i będzie. Mojego rocznika to nie dziwi.